po kolejnych miesiacach...



huhu, dawno tu nie byłam xD
no ale.
macie:
:D

-To co Kochanie, robimy to spaghetti? – zapytał ciemnowłosy.

-Dobrze.. Możesz już kroić pomidory. Ja ide się przebrać – rzuciła i pognała na góre. Miała dzisiaj zamiar, zjeść z Billem romantyczną kolację póki nie było Toma.

            W pokoju, jej wzrok przykuła książka w pomarańczowej oprawie Kolejna powieść, którą chciała przeczytać Jen. Podobno ta, ma nie co bardziej optymistyczne zakończenie…

Brunetka skierowała się do kuchni. Prez uchylone drzwi zauważyła, ze chłopak pokroił prawie już wszytkie warzywa, jakie są potrzebne do sosu.

-Pamietasz? – zapytała i objęła bliźniaka od tyłu.

-Jedlismy ta potrwae na naszej pierwszej randce… - szepnęła mu do ucha i położyła głowę na ramieniu.

-Nie pamiętam – mruknął Bill, a ostrze noża błysnęło tu przed oczami Jen. Odskoczyła i  uwagą spojrzała na ukochanego. „Cholera jasna… To znowu on…”.

-Bill, opanuj się – powiedziała twardo i oschle. Nie pozwoliła, by żadna emocja zawładnęła jej głosem. Przynajmniej jej głosem…

-Zginiesz – szepnął Kaulitz i stawiając małe, ociągające się kroki szedł w stronę dziewczyny.

-Muszisz umrzeć, Bill za bardzo cie kocha – powiedział obłąkany chłopak. Zgarbiona postać, niczym duch sunęła w jej stronę. Jen zdziwiła się. Nie rozumiała kompletnie nic. Serce podskoczyło jej do gardła, gdy ciemnowłosy zajrzał w jej oczy swoim wzrokiem szalonego mordercy.

-Nie można kochać kogoś za bardzo – próbowała nawiązać kontakt i rozmowę z druga osobowością bliźniaka. Strach rozdzierał jej wnętrzności. Tak bardzo kocha Billa… W wiec i tego morderce…

-Nie pozwalasz mu zejść z tego świata. To twoja wina – szepnął chłopak i przechulił głowę. Kręgi szyjne strzyknęły jeden po drugim. Jennifer zadrżała. Na swojej szyi poczuła ostrze lodowatego noża. Chłód przeszył ją na wskroś. Dreszcze biegały po jej ciele urzadzając sobie wyścigi, kto pierwszy ten lepszy.

-Bill… - z jej ściśniętego gardał, ulotniło się coś podobnego do pisku.

            Nagle nóż upadł na ziemie z głuchym brzdękiem.

-Boze, co ja robie… - wyszeptał chłopak i spojrzał z przerażeniem na swoje dłonie.

-Boże…! - wrzasnął i ogarnał spojrzeniem nóz, swoje drżace rece i dziewczyne, stojącą pod ścianą z martwym wyrazem twarzy.

-Ćśśś… - odezwała się Jen, czując jak jej warga drży – przecież to nie twoja wina…

-Jenny… - bąknął chłopak i cofnął się. Potrzasał głową, lecz koszmar trwał nadal. Jego czarne oczy, szkliły się łzawym blaskiem.

-Jestem potworem… - stwierdził z goryczą w głosie.

-To on jest potworem – powiedziała stanowczo brunetka i pogłaskała dłonią policzek ukochanego.           Przez chwilę chłopak wtulał się w jej aksamitną skórę, ale nagle odskoczył jak oparzony.

-Nie! – krzyknał, a na policzku nadal czuł jedwabistą miękkość palców Jen. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na ziemie i oparł się o szafkę.

-Jestem potworem – powtarzał jak opętany wpatrując się roztrzęsionym wzrokiem w nóż leżacy kilka centymetrów dalej.

-Nie prawda… - wymamrotała spokojnie Jennifer. Goraczkowo myślała, co teraz powinna zrobić. Chciała podejść do bliźniaka. Coś hamowało jej ruchy… „Przecież nic mi nie zrobil…”.

-Jestem! Sama tak powiedziałaś! – wydarł się Bill i zalał łzami. Wydawał z siebie dźwięki świadczące o jego ogromnym cierpieniu. Próbował schowac swoją głowę w dłoniach. Z odrażeniem spoglądał na każdą cześć swojego ciała.

-Nienawidze siebie… - wystękał. Kropelki słonej wody spływały po jego czerwonej twarzy.

-Nie mów tak – zastrzgła dziewczyna i kucnęła naprzeciw chłopaka.

-Chciałem cię zabic!

-Nie ty… Ty mnie kochasz… - uśmiechnęła się Jenny i z promykiem nadziei spojrzała w rozmazane orzechowe tęczówki.

-Prawda…? – spytała dla pewności. Teraz już nic nie było pewne…

            Bill pokiwał twierdząco głową. Głodnym wzrokiem spoglądał na ramiona ukochanej, chcą poczuć, jak jej delikatne ręce obejmują jego szyję. Skulił się w sobie jeszcze bardziej. Chciał być teraz na dnie morza… Jak stary wrak, zapomniany przez ludzkość, porośnięty koralowcami… Nikt już by o nim nie pamiętał, nikt bu go nie potrzebował.

-No własnie Kochanie… Spokojnie – brunetka objęła chłopaka, który już nie miał sił bronić się przed jej bliskościa. Ukrył swoją głowę  w szyi ukochanej. Jej zapach pozwalał mu uciec… Tak długo zna Jen, a nadal nie wie jakich perfum uzywa. Ale wiedział jedno. Jenny pachnie jak słoneczny poranek, jak wiosenny deszcz, jak młode zielone źdźbła trwa, jak krwiste zachody…

            Srebrzysta łza pogłaskała policzek Jenny.

-Ja też Ciebie kocham… - szepnęła Jen przytulając ciemnowłosego coraz mocniej. Spokojnie wdychała powietrze, delikatnie gładziła bliźniaka po głowie i uciszała go swoim opanowanym tonem, który radosnie brzmiał chłopakowi w uszach.

 

-Ma na imię Matt – rzekł Kaulitz roztrzęsionym głosem.

-Powstał, bo ja wciąż ze soba walczyłe – Bill ucichł.

-Mów dalej… - zachęciła go Jen. Chłopak siedział po turecku na zimnych kafelkach, a brunetka, skuliła się miedzy jego nogami. Słuchała nerwowego bicia serca ukochanego, opierając głowe na jego klatce piersiowej.

-Były dwie rzeczy których pragnąłem. Śmierć, oraz spedzenie wieczności u twego boku… Za każdym razem, gdy chciałem się zabić, myśl, ze zostawie ciebie sama mnie hamowała. Matt wykształcił się we mnie, by łatwiej mi było pozbawic się życia – marwty głos, niczym smętna symfonia wypływał z ust ciemnowłosego.

-Przyrzekł mi, że zniszczy wszystko, co jeszcze trzyma mnie tutaj i pozwoli nmi spokojnie odejść. Zasnąć na wieki.

            Bliźniak podniósł swoje białe jak kreda dłonie i objął talię Jen. Dziewczyną rzucil dreszcz. Bała się tego dotyku, ale za wszelką cene, chciała ukryć swoje uczucia. Przymknęła oczy i mając przed oczyma urocze widoki, dzikiej przyrody słuchała dalej:

-Matt nienawidzi ciebie najbardziej,bo wie, że to twoje serce jet mi oddane najgoręcej.

-Nie możesz mu powiedzieć, że jeżeli tylko zostawi ciebie w spokoju, to i jego pokocham…?

            Ciemnowłosy pokręcił przecząco głową.

-On chce śmierci… - Bill pochylając głowę, dotknął czołem ramienia Jen. Zacisnęła zęby, by się nie poruszyć i nie jeknąć.

-Będzie dobrze… - szepnęła brunetka i zachwyciła się kolorowym ptaszkiem, stworzonym przez jej wyobraźnię.

 

            „Gdzie jest ten Tom? Pewnie znowu drzewo rąbie do kominka…” – zastanawiała się Jen wychodząc na ganek. Jej uszy dobiegł trzask pękającego drewna.

-Chcesz coś ciepłego do picia? – zapytała stając za bliźniakiem. Kaulitz oparl siekierę o ziemie, zdjął rękawiczki i otarł kropeli potu z czoła.

-Bill mi wszystko powiedział – westchnął i spojrzał na Jenny wściekłym wzrokiem.

-O co ci chodzi?

-O to, jak chcialo cię zabić – odparl zimno i prychnął.

-Daj spokój. Nic się nie stało – dziewczyna machnęła ręka.

-Nic?! Rzucił się na ciebie z nożem, a ty mówisz, że nic się nie dstało?! – wrzasnął oburzony  Drediarz. W głowie mu się nie mieściło, ze Jennifer może być taka beztroska.

-To nie Bill, tylko Matt – skwitowała Jen – to chcesz tą herbatę?

-Nie zmieniaj tematu – wysyczał chłopak.

-Czy ty dziewczyno nie rozumiesz, ze on jest niebezpieczny?! Wczoraj się opamiętał, ale jutr omoże już być za późno! – wydzierał się.

-Nie krzycz na mnie, nie jestem twoim psem – odpowiedziała oschle brunetka.

-Czy ty naprawe jestes taka ślepa? – wysapał przez zaciśniete zęby.

-Przeciez wszytko jest w porządku. Histeryzujesz – podsumowała Jen.

            Chłopak ledwo oapnował wybuch złości. Ujął drewniana rączkę siekiery w dlonie i z rozmachem uderzył w kloc akacji, który zhukiem rozpadl się na dwie czesci. Trzaski roznosiły się po całej okolicy i powracały z echem.

-Martwie się o ciebie – powiedział po chwili, gdy kolejne części drewna leżły porozrzucane na wszytkie strony.

-Bez łaski. Nie musisz – rzuciła brunetka i zadarła nos. „Co on sobie w ogóle mysli… Robi z Billa potwora. Jeszcze trochę, a okaże się że kocham się w Godzili!”

-Proszę Cie, zachowaj do niego dystans. Bądź ostrozna, by nie doszło do tragedii… - poprosił błagalnie chłopak. „Nie groźba, to moża prośba zadziała…”.

-Bo co? Może od razu zwiążmy mu ręce, nogi i zamknijmy w piwnicy, co?! – zakpiła Jennifer. Nie mogła już wytrzymać napięcia które  w niej rosło.

-Żenujące… - szepnął do siebie Tom. Uśmiechnął się i powrócił do pracy. Dziewczyna już chciała coś odszczeknąć, ale powstrzymała się. „Mam go serdecznie dosc. Wszystkie rozumy świata pozjadał!” – oburzała się gdy już szła do domu, energicznym i szybkim krokiem. Zamykając drzwi trzasnęła nimi najmocniej jak umiała.

-Co się stało? – spytał zdziwiony ciemnowłosy stojąc na schodach.

-Nic Kochanie, nie martw sie – prychnęła.

-Ale Jenny… - Bill bezskutecznie próobwal się czegoś dowiedzieć.

-Wychodzę. Cześć – rzuciła sztucznie miłym tonem, lapiąc w locie swter i zostawiła za sobą zmiszanego chłopaka.

 

            „I tak minęły kolejny tygodnie. Tom nadal się na mnie idiotycznie burczy, ale sytuacja się jakos uspokoiła. Billa dwa razy rozmawiał z Mattem. Jego druga osobowość oświadczyła, że niknie, gdy ja umre. Ta informacja mnie troche przeraziła… Ale przecież Matt jest osobą storzoną w podświadomości Billa, poprzez zaburzenia spowodowane narkotykami. Nie wierzę, że ten koleś, może być aż taki niebezpieczny. A mój ukochany nie zrobi mi krzywdy… Acha. Zaczęłam czytać kolejna książkę. Fabuła opowiada o straszej pani, ktpora straciła meza dawno temu. Przedstawia plusy i minusy tej tragedii. Naprawdę wciągające.”

-Piwerszy snieg… - szepnęła Jennifer widząc malutkie, białe kryształki lecące z  szarego nieba. Słońce wisiało nisko na horyzoncie. Śnieg cudownie się mienił w blasku złocistej kuli. Nie minęła godzina, jak cieniutka warstwa bieli pokryła świat wokół.

            Dziewczyna właśnie odzielała ciuchy czarne od kolorowych. Miała zamiar wstawić pranie. „W sumie mogłabym wyprać mój sweterek…”. Wskoczyla szybciutko na piętro, a już chwilę później upychała wszytjo do bębna pralki. Nasypała mproszku i ustawiła program.

-No – mruknęła do siebie i usiadła przed telewizorem. Ogień wesoło trzaskał w kominku, dając przyjemne ciepło. Blixnbiaków nie było, wybrali się do miasta, na zakupy i popłacic rachunki. Zbliżały się Zaduszki… Będą musili wybrac się na grób pani Kaulitz. Gdzieś w styczniu będzie rocznica śmierci Simone…

            Ciche pikanie dawało znak, ze pranie już sotało zakończone. Z wileką niechęcią Jenny wstała  z wygrzanego fotela. Niestety, okazało się, że czerwony sweterek nie przetrwał. Kompletnie rozpadł się w pralce. Nitki powychodziły z każdej strony, ogromna dziura powstała na środku ciucha.

-Eh… Chyba czas cie wyrzucić… - rzekła posmjutniala dziewczyna. Niby to tylko głupi swter, a jednak brunetka obdarzyła go sentymentem. Pozbyła się czerwonej „szmaty” i własnie rozwieszala pranie, gdy Kaulitzwoie wrócili.

-Hej Jennifer, nawet nie wieszzjak zimno na dwrze! – krzyknął Bill zdejmując czapkę.

-Wyobrażam sobie – powiedziala stając w przedpokoju. Usmiecneła się, gdy zauważyła ogniście czerwony nos i policzki bliźniaka.

-Zmarzliscie mocno? – spytała.

-Troszk e tak… - odrzekł Tom pocierając ręce.

-Chcecie kawy?

-Z przyjemnościa – ciemnowłosy ucalował ukochana. Jen poczuła jego zlodowaciałe usta na swoich ciepłych wargach.

-Brr.. – otrząsnęła się – idę po tę kawe, wy moje bałwanki – zasmiała się.

-Ah Kochanie! Mam cos dla ciebie! – krzyknął Bill i poskoczył do brunetki z sitka w reku.

-A co tam masz? – zaciekawiona dziewczyna próbowała dojrzeć co  kryje się w foliowym worku.

-Patrz – wyszczerzył się Kaulitz i wyciągnął nowiutki, zielony swterek. Taki sam, jaki dzisiaj uległ kompletnej destrukcji.

-Ojej, dziekuje! – ucieszyła się Jen przytulając chłopaka.

-Jak widziałem ten twój stary czerwony sweter, to mi dreszcze po plecach chodziły!

            Jennifer trzepnęła Kaulitza w głowę, a nastepnie od razu ubrala nowy ciuszek. Idealnie pasował i był taki mulitki…

-Dziekuje – szepnęła jeszcze raz i zostawila ślad swoich warg na zmarzniętym policzku.

 

            „Ciekawe jak długo już tak spacerujemy? Zresztą nieważne… Pogoda jest przecudna, ale to ona jest najcudowniejsza…” Ciemnowłosy jeszcze mocniej zacisnął swoją ręke na dłoni ukochanej. Brązowe loczki figlarnie wystawały spod ciemnozielonej wełnianej czapy. Mocno czerwony, zmarznięty nosek tylko dodawał jej uroku. Jenny smiało szła przed siebie z uśmiechem na twarzy. Żółty pomponik przy jej czapce wesoło podskakiwał na wszytkie strony. Biel świata pokrytego warstwą śniegu, sprawiala, że niebiesko szare oczy patrzyły na rzeczywistość malutkimi szparkami.

-Żeby tylko ten snieg utrzymał się do świąt… - zagaiła dziewczyna schylając się i lepiąc w dłoniach lodowa kulkę.

-Zapewne… Zima będzie piękna, ale chyba niezbyt mroźna – stwierdził chłopak przyglądając się błękitnemu niebu.

-Ho ho, nie chwal dnia przed zachodem słońca. Niewiadomo. Pogoda jest nieprzewidywalna… - brunetka rzuciła zmarźniętą snieżką w pobliskie drzewo.

            Jak małe dzicko zaczęła biegac miedzy krzakami i niskimi galęzami, strząsając z nich snieg. Bliźniak z uśmiechem przyglądał się swojej dziewczynie. Podszedł do niej i ujął w dłonie roześmiana buzię:

-Masz taką ciepłą i wesoła iskierkę w oku… - szepnał przyglądając się ukochanym oczom, które śnią mu się po nocach.

-Nie czaruj! – rzuciła zaczepnie Jen i musnęła czerwone usta.

            Nie licząc godzin, spedzali ze sobą beztrosko czas, lecz Jenny miała rację. Pogoda jest zdradliwa i nie wiele mineło, kiedy napłynęły szare chmury i znikąd pojawił się deszcz ze śniegiem. Co prawda zabawy było co nie miara, gdy przeskakując szarobure kałuże roztopionego śniegu młodzi gnali do domu.

            Wpadli do przedpokoju z głosnym smiechem.

-Co wam się stało? – spytał Tom schodząc z piętra.

-Nic – zasmiała się Jenny i rzuciła swoje nakrycie głowy na szafkę.

-No własnie widze – bąknął Kaulitz i pokręcił głową biorac się pod boki.

            Jakoś tak wyszło, że cały wieczór siedzieli w salonie na podłodze przy kominku i rozmawiali w najlepsze. Ciepłe płomyki radosnie skakały w palenisku. Jennifer wpatrywała się w pomarańczowe języki, które odbijały się blaskiem w jej oczach.

-Będziesz w nocy sikać – westchnął Bill i uniósł kąciki ust.

-Już teraz mi się chce – szepnęła Jenny wstając. Ucałowała głowę młodszego bliźniaka i poszła do łazienki.

            Bracia zostali sami butelką wina. Przed chwile panowała cisza, przerywana trzaskaniem ognia.

-Jest zupełnie inaczej, czyż nie? – rzucił ciemnowłosy.

-O tak – twarz Toma przyrała wesoły wyraz.

-A za niedługo musimy isć na grób mamy… - odetchnął młodszy chłopak.

-Bill… Pójdziemy, zapalimy znicz, pomodlimy się… Mama odeszła, ale przecież w  niebie jej lepiej – uśmiechnął się starszy Kaulitz oczekując reakcji brata.

-Wolałbym osobiście piekło – prychnął Matt.

-Daj mu spokój – zachrypiał starszy brat, widząc, co dzieje się z oczami jego bliźniaka.

-Wy tego nie pojmujecie… A ja nie pojmuje tej waszej chorej miłości – zakpił chłopak.

-Bo nigdy jej nie zaznałeś – Drediarz wzruszył ramionami – ale Bill jest kochany… Pozwół mu cieszyć się spokojnie zyciem… - błagalny wzrok Toma spoczał na kamiennej twarzy Matta.

-Pozwolę mu. Już za niedługo będzie się cieszył spokojem… Tuż po śmierci – druga osobowość Kaulitza zachochotala przeraźliwie. Nagle lodowate dłonie objęły szyję Dredziarz.

-A teraz cie udusze… - rzekł demonicznie chłopak i coraz boleśniej zaciskał swoje palce na gardle Toma. Przez strach i złość pięści starszego bliźniaka zatrzęsły się gotowe uderzyć. Skarjne emocje nim rzucały. Tak bardzo kochał brata a jednocześnie nienawidził… Nie mógł znieść tego, ze ten potwór dręczy jego bliźniaka. Był bezradny… Obłędny śmiech odbijał się w uszach. Zaczęło brakować mu powietrza. Czuł jak jego oczy wychodza na wierzch…

-Przestań, ty… - wysyczał Kaulitz i nie wytrzymał. Wyrwał się swojemu oprawcy i rzucił się na wciąż rechoczącego szaleńca. Okładał go ślepo pięściami. Nie mógł się opanować. Sterowała nim żądza zemsty, na Macie, który niszczy im Zycie.

-Przestań burzyć wszytsko co budwalismy tak długo! – wrzeszczał i po raz kolejny odbił swoją dłoń na twarzy brata.

-Tom! – niespodziewanie głuchy krzyk wyrwał się z ust Jennifer.

-Chcesz go zabić?! Zostaw go! – brunetka złapała Kaulitza za ramiona i brutalnie odciągnęła od ukochanego. Chłopak wylądował twardo na podłodze… Dopiero teraz zdał sobie sprawe co zrobił.

            Warga ciemnowłosego już napuchła i obficie krwawiła. Jedna wielka śliwka kolory zgniłego fioletu widniała pod jego lewym okiem. Bill skulił się i zakrył twarz włosami. Drżał na całym ciele. W ustach czuł smak słodkiej krwii…

-Nie zapanowałem nad sobą! Matt się na mnie rzucił, chciał mnie udusić! – krzyknał Drediarz na usprawiedliwienie swojego czynu.

-Ty bandyto – syknęła kąśliwie Jen i objeła młodszego Kaulitza.

-Kochanie, nic ci nie jest? Zaraz to opatrze… - szeptała i nerwowym wzrokiem oglądała rany.

-Jenny, on chciał mnie zabić! – oburzony chłopak zerwał się na równe nogi.

-Musiałeś się od razu na niego rzucac?! Przecież nic się nie stało! – wydarła się brunetka – spokojnie Bill, zaraz coś poradzimy… - z pozoru spokojnym tonem mówiła do młodszego bliźniaka.

-Ty idiotko! – zagrzmiał Tom. Nie mógł już znieśc, tego, ze Jennifer wszystko minimalizuje i nie zauważa przerażających faktów.

-Przesta w końcu udawać, że wszystko jest w porządku!

-Ja nic nie udaje! To ty robisz z Billa potwora!

-Wmawiasz sobie! Pojmij to wreszcie!

            Ciemnowłosy siedział z palcami zaplecionymi wokół swoich kolan z dłonią Jen na ramieniu i wysłuchiwał wrzasków. Cierpliwie czekal, aż jego bliscy przestaną się kłócić…Czuł się jak bity pies. Każdy krzyk wpadał do jego uszy, z każdym słowem kolejna łza wypływała z jego orzechowych oczu. „To wszystko moja wina… Nienawidze się…”. Był niewidzialny. Jen i Tom wydzierali się na siebie uzywając coraz mocniejszych słów, a Kaulitz łkał coraz głosniej. Już nawet nie próbował chować swoich łez, ale nikt go nie zauważał…

-On potrzebuje pomocy, a nie pięśc, ty durniu jeden! – dziewczyna już dawno wstała i wymachiwała rękami przeklinając starszego bliźniaka.

-Jestes ślepa jak kret! Musimy walczyć z Mattem! – wściekła twarz Toma przybierała wszytkie odcienie czerwieni. Młodszy Kaulitz zatknał uszy… Potrząsał przecząco głową, a każdym kolejnym wrzaskiem przechodziły go dreszcze. „Nie to się nie dzieje, błagam, nie…”

-Rozumiesz debilko?!

-Kretyn – zasmiała się kpiąco Jennifer.

-Do kurwy nedzy…

-PRZESTAŃCIE! – skołatane nerwy Billa dały się we znaki. Podskoczył z podłogi i płakal najgłosniej jak potrafił. Wszystko wokół przygniatało go jak głaz, który nagle spadł mu na głowe z nieba.

-Nie kłóccie się do cholery! Nie ziose tego… - Jego podbródek strasznie drżał poruszony smutkiem. Uronił kolejne gorzkie łzy rozpaczy i z głuchym świstem zaciagał oddechy.

-Kochanie… - szepnęła oniemiała Jen pochylając się w jego stronę. Chłopak gwałtownie odsunał się i z odrażaniem rozejrzał się po pokoju.

-Zostawcie mnie – rzekł sucho i zimno. Obraz rozmywał się coraz bardziej…

-Ale…

-Żadne ale! Idzcie stad! – wrzasnął, a jego bliskich przeszły ciarki.

-Chodź – rzucił Tom i pociągnął za soba zmartwioną Jennifer.

-Chcę być sam, już zawsze sam… - powtarzał ciemnowłosy gdy już w samotności siedział obok dogasającego kominka. Jak ranny zołnierz, który musiał poddac się w walce połozył się na twardych, drewnianych panelach, od których rozchodził się chłód i pogrążony w samotnej ciszy długo i gorzko rozpaczał nad zyciem.

            Zimne kropelki wody spływały po jego nagim ciele zostawiając po sobie gęsią skórke. Ogarniał go coraz wiekszy chłód… Przekręcił kurek. Teraz prysznice płynęła gorąca, wręcz parząca woda. Chłopak wzdrygnął się i spojrzał na czerwone ślady na klatce piersiowej zostawione przez gorącą wodę. Odkręcił niebieski kurek i ponownie przeszły go ciarki…

            W końcu sięgnął ręką po ręcznik i powoli wytarł nim swoje ciało. Owinął się materiałem i wyszedł spod prysznica. Spojrzał w lustro które całkowicie pokryło się parą wodną. Przez chwilę przyglądał się swojemu rozmazanemu odbiciu, po czym przetarł szkło i spojrzał sobie w oczy. „Jestem beznadziejny” – stwierdził gdy dojrzał czerwone spuchnięte od płaczu oczy. „Cholera, mam dwadzieścia lat, a zachowuje się jak przedszkolak…”.

-O tak, jesteś do nieczego – zakpił.

-Nie chce cie teraz słuchać…

-Nie musisz. Idź i się zabij i będzie pozamiatane.

-Nawet nie wiesz jak ciebie nienawidze…

-Pragne zauważyć że ja, to ty, a więc nienawidzisz siebie.

-Siebie też…

-Twoje życie jest bezsensu, prawda?

-Gdyby ni ty, miałoby sens…

-Przejrzyj na oczy! Ona jest z tobą z litości, brat się ciebie brzydzi i boi, oboje mają ciebie dość. Zabijając się sprawisz im przysługe!

-Łżesz… Oni mnie kochaja!

-A kto by kochał potwora, co?

-Nie jestem potworem…

-Jesteś! Chciałeś zgwałcić swoją dziewczynę, a potem…..

-Przestań!

-…a potem chciałeś zabić Toma, Jen też…

-To ty chciałeś to zrobić! Ja bym ich nigdy nie skrzywdził!

-Nie oszukuj się… Ja jestem tobą. Tak czy sik, kiedys nade mną nie zapanujesz… A wtedy odwiedzisz grób nie tylko swojej matki, ale też dziewczyny i brata!

-Nie….

-Zabijajać siebie zabijesz tez mnie. Po prostu to zrób.

-Nie skrzywdzisz ich…

-Tak więc zabij się.

-Jestem za słaby i zbyt tchórzliwy, miłosc mnie trzyma…

-Nie martw się. Pomogę ci. Najpierw idź do szopy po wąż ogrodowy i przerzuć go przez najgrubszy konar drzewa.

-Nie chce tego robić…

-A chcesz by twoi bliski zgineli…?


honda-th 2008-07-15 18:15:23
skomentuj to co napisały Honda i Zozol...:) ( a już jest (15) komentów )