![]() |
i kolejne xDproszę: -I jak się czujesz? – zapytał Tom brata, widząc jak budzi się ze snu i siada na łóżku. -Bardzo dobrze – odpowiedział młodszy Kaulitz siląc się na uśmiech. -Mogę dzisiaj na trochę wstać z łóżka? Już mnie wszystko boli od tego leżenia… - jęczał chłopak. -Możesz, możesz – uśmiechnął się Dredziarz. W tym czasie Jenny siedziała na swojej ulubionej ławce pod klonem i nadal męczyła ta głupią książkę. „No, to nareszcie wiem, ze Jacson jest ojcem dziecka. Super. Mary znalazła sobie chłopaka, Liza jest szczęśliwa, wszystko zaczyna się układać” – zachwyciła się Jen. Najbardziej cieszył ją jednak fakt, że nie brakuje jej żadnych elementów, a historia składa się w sensowną całość. Ciche szczekanie dochodzące z krzaków parę metrów dalej, wyrwało brunetkę z zamyślenia. -Piesek? – w tej właśnie chwili, mały czarny kundelek z wielką białą plamą na pysku wyskoczył z roślinności z głośny jazgotem. -Hej, uspokój się – powiedziała ostro Jenny, na co pies jak na rozkaz uciszył się i położył swoje misiowate uszy po sobie. Zamerdał długim i zakręconym ogonkiem i oblizał mordę. -Nie masz właściciela? – spytała dziewczyna zwierzaka, a wtedy dojrzała czerwoną obróżkę na jego szyi. Zasmuciła się trochę, bo od dawna chciała mieć jakiegoś pupila w domu, ale odkąd Bill wpadł w stan depresyjny, nie miała czasu nawet dla siebie, a tym bardziej dla zwierzaka… -No trudno, lepiej wracaj do domku – pogłaskała pieska po głowie, na co wyprężył się jak struna, a następnie zwalił z nóg brzuchem do góry. To rozbawiło Jen. Zamknęła książkę, kucnęła obok sierściucha i trochę go popieściła. Nagle niebo zatrzęsło się rozdarte grzmotem. Pies spłoszył się i pognał w stronę krzaków z których jeszcze chwilę temu wyskoczył z głośnym szczeknięciem. -Kolejna burza… - mruknęła Jenny i szybko wzięła swoją lekturę z ławki. Nie przeszła wiele, gdy zaczęło kropić. Wpadła szybko do domu i od razu rozpuściła wilgotne włosy. -Cześć Jen, trochę pada, nie? – rzucił Tom siedząc przed telewizorem. -O tej porze roku to normalnie – stwierdziła i postanowiła, ze sprawdzi co u Billa. Weszła do pokoju, lecz jego nie było w łóżku. „No kochanie… Co tym razem ujrzę w łazience? Ciebie w kałuży krwi?” – zapytała samą siebie. Szybko zajrzała do łazienki, jakby bała się, ze może się spóźnić. „Uff…”. Nikogo w niej nie było. Dopiero teraz dojrzała, ze drzwi balkonowe są uchylone… Nie myliła się. Chłopak siedział w ubraniu, lecz na boso, oparty o ścianę domu z głowa uniesiona do góry. Patrzył jak krople deszcze wypadają spomiędzy szarych chmur i kapią mu na nos. Dziewczyna wyszła na balkon i skuliła się obok ukochanego. Biło od niego ciepłem, więc nie było najgorzej. Najstraszniejsze było to, że padało coraz mocniej, a świecące błyskawice coraz częściej przecinały niebo. Siedzieli razem w ciszy, respektując deszcz, kiedy kolejny niebiański wrzask, zagłuszył cichy stukot kropel rozbijających się o ziemie. Jenny zadrżała, na co chłopak objął ja ramieniem, nie stawiała oporu. Chłopak obok niej był sobą… „Jak dobrze cię znowu poczuć…” – myślała wtulając się w pierś ciemnowłosego i kojąc zmysły delikatnymi męskimi perfumami. Kropelki wody spływały z atramentowych kosmyków na twarz dziewczyny, niosąc ze sobą zapach świeżych włosów. -Kochanie, jesteś chory… - ocknęła się Jenny, gdy ugryzło ja sumienie. Jak może tak beztrosko siedzieć z Billem na balkonie podczas ulewy, gdy on nie zwalczył jeszcze do końca zapalenia płuc? -Cśśś… - przerwał jej chłopak – pozwól nam cieszyć się tą chwila… Tom słysząc trzask zamykanych drzwi na balkonie poszedł do góry sprawdzić co się dzieje. W ogólnie nie wiedział o co chodzi, gdy staną w drzwiach, zobaczył Billa i Jenny przemoczonych do ostatniej nitki. Spiorunował ich wzrokiem i już chciał zacząć głosić kazania i pytać co się stało, gdy zauważył, że Jennifer się uśmiecha. Była szczęśliwa… To uderzyło go. Dawno nie widział jej takiej rozpromienionej. I chociaż był zły, ze jego brat jest tak lekkomyślny że znowu wylazł na deszcz, to jednak powstrzymał się od wszelkich komentarzy. „Nie wiem co tam zaszło, ale wiem, ze coś dobrego…” Uśmiechnął się w duchu i po prostu wyszedł, powrócił do oglądanie dziennika informacyjnego na dole. -A ty się teraz przebieraj i nie marudź – Jenny pomachała palcem przed nosem Kaulitza. -Jesteś cały mokry! -Ty też - zauważył Bill i wytknął język. -To nie ja mam zapalenie płuc – dziewczyna uśmiechnęła się zawadiacko. Chłopak szybko przebrał się w suche ciuchy i położył pod kołdrę, przy czym najpierw połknął tabletki. Jennifer wywiesiła ich mokre ciuchy nad wanna by woda ściekła, wzięła gorący prysznic i susząc włosy uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze - „Jak ja kocham burze…” W pokoju także wgramoliła się pod kołdrę i przytulona do bliźniaka długo z nim rozmawiała…
Dredziarz siedział w salonie po później nocy, bo chciał dać zakochanym trochę czasu i prywatności. Jego serce biło jakoś spokojniej. Dzisiaj nie martwił się o przyszłość. Gdy o pierwszej w nocy powieki zaczęły ciążyć a dom już dawno pogrążył się w martwej ciszy, wyłączył telewizor i zgasił światło. Niebo wypogodziło się zaraz po burzy i małe migające gwiazdki odbijały się w orzechowych oczach. Była pełnia. Księżyc świecił bardzo mocno i rozświetlał cały dom Kaulitzów. Słup światła wpadał do budynku poprzez nie zasłonięte okna. Tom siedział na kanapie chwile, relaksując się widokiem, kiedy usłyszał kroki na schodach. Jego spokojnie bijące serce zamarło. -Jen, to ty? – szepnął a wtedy kroki ucichły. Wokół nadal panowała grobowa cisza, a czarne czeluści były oświecane jedynie przez Łysego. Zaniepokojony bliźniak wstał z kanapy i powoli szedł do przełącznika, by włączyć światło i rozwiać swój strach. Wtedy kroki na schodach przyspieszyły, były coraz bliżej. Ktoś biegł po drewnianych panelach, ciemny cień mignął Tomowi przed oczami. Zapalił światło i przestraszył się nie na żarty. Metr od niego stał Bill, skamieniały jak posąg. Lodowate źrenice z czarnym dnem patrzyły obłąkanym wzrokiem. Dredziarz opanował drżący oddech. -Czego chcesz? – zapytał widząc, ze jego brat nie jest sobą. -Nie mogę zasnąć… - niespodziewanie ciemnowłosy spuścił głowę i podrapał się po karku. -Przepraszam, ze cię wystraszyłem… -Spoko – odrzekł Tom, wypuszczając powietrze z ulga. -Chodź, zaparzę nam herbaty – zaproponował i poszli do kuchni.
Uśmiechnięta Jen leżała na wznak i patrząc w sufit analizowała swoje dotychczasowe życie. Wtuliła twarz w kołdrę nagrzaną słońcem i zmrużyła oczy jak rasowa kotka. „Musimy w końcu odmalować ten pokój, ta niebieska farba mi się nie podoba.” Podniosła się i usiadła. Ręką odgarnęła włosy przysłaniające świat i kolorowe słońce za oknem. „Zima idzie, a tak ładnie na dworze. Musze wybrać się na spacer z Billem.” Nagle do pokoju wszedł Tom. Popatrzył roztrzęsionym wzrokiem na Jenny i szepnął: -On wrócił… - Stanął i złożył ręce na piersi. Miał mocno podkrążone oczy, które ze zmęczenia co chwila zamykały się, a już sekundę potem otwierały szeroko. Chłopak wyglądał jak mały, zastraszony kotek szukający mamy, który zagubił się w wielkim mieście. Dziewczyna wstała i głębiej spojrzała w rozszerzone źrenice. -Odpocznij sobie – powiedziała przekonująco. -Naprawdę! Wczoraj tak mnie wystraszył… Dzisiaj też… I ten jego wzrok… On wrócił – powtarzał jak szalony z przerażonym wyrazem twarzy. -Tom – szorstko rzuciła brunetka i potrząsnęła Kaulitzem – może wyjedź na dwa dni? Spotkaj się ze znajomymi, pograj na gitarze… -Nie mogę, nie mogę… - pokręcił przecząco głową. -Możesz – uśmiechnęła się Jennifer – potrzebujesz tego! Spójrz na siebie! W takim stanie nie możesz funkcjonować normalnie, doprowadź się do porządku i wróć tutaj. Chłopak przechylił głowę i spojrzał na Jen z pretensją. -Żartujesz sobie? -Jestem śmiertelnie poważna. Ostatnio to ty mnie trochę odciążyłeś, miałam chwilę dla siebie. Teraz twoja kolej. Mówię ci, wyjedź sobie. -Dzięki – mruknął Tom i uniósł lekko kąciki ust. Koło południa, gdy Tom przygotowywał się już do wyjazdu Bill zniknął gdzieś. Jen przeszukała cały dom i ogród, lecz go nie znalazła. Nie przejęła się tym za bardzo, ciemnowłosy czasem potrafił tak zniknąć na cały dzień, a nawet dwa, a potem wracał w jeszcze gorszej kondycji psychicznej, ale jeszcze nigdy nic sobie wtedy nie zrobił, ale nigdy nie wiadomo.... Zresztą, wczorajsze chwile na balkonie podbudowały go trochę. Jednak za każdym razem, gdy chłopaka nie było obok, Jenny czuła, jak w żołądku ma jakiś wielki, metalowy i lodowaty ciężar, który hamuje jej ruchy. Czasami ten przedmiot podskakiwał jej do gardła, jakby z zamiarem uduszenia. Jenny zdążyła jedynie wziąć swój ukochany sweterek i poszła poszukać Billa w pobliskim parku i lesie. Szybkim krokiem pokonywała leśną dróżkę. Spokojnym, a zarazem nerwowym wzrokiem rozglądała się na wszystkie strony. Słonko nie grzało już tak przyjemnie jak rano. Schowało się za chmurami, które rzucały cień na Ziemię. Jen doszła do miejsca gdzie ścieżki rozchodzą się w dwie strony. Jedna prowadziła na polane, gdzie kiedyś urządziła sobie piknik z Billem i cały dzień spędzili na zbieraniu jagód i malin. Druga droga prowadziła do górki z której rozciągał się widok na miasteczko leżące w dolinie. „I gdzie poszedłeś?” – zastanawiała się dziewczyna opierając się o brzózkę. Zdecydowała, ze najpierw pójdzie na górkę, bo jest bliżej. Jeżeli tam nie znajdzie ciemnowłosego to przejdzie się na polankę. Obrała kurs na lewo i przyspieszyła trochę tempo. „Uff… Tu cię mam” – pomyślała, gdy ujrzała szczupłą, wysoką postać z długimi czarnymi włosami, stojąca na szycie góry i spoglądającą na widok u stóp wzniesienia. -Stój – odezwał się chłopak błagalnym tonem, gdy usłyszał kroki zbliżającej się osoby. Jenny zawahała się, co ma zrobić. Kim jest ciemnowłosy? Bliźniak odwrócił się i zatroskanymi tęczówkami spojrzał na swoją ukochaną. „To on…” Brunetka dziękowała w duszy Bogu, ze nie musi karmić swojego strachu widokiem lodowatych oczu. -Nie podchodź – wyszeptał i wyprostował rękę z otwartą dłonią, jakby chciał użyć mocy, której nie posiadał Teraz już pewnym krokiem Jen ruszyła w stronę chłopaka i nie odpowiadała na jego protesty. -Kochanie proszę… Nie chce cię skrzywdzić… On wrócił... – cofnął się zupełnie nie przejmując się tym, ze jeszcze krok, a sturla się ze zbocza jak drewniana kukiełka. Brunetka zaufała Billowi, ze nie postawi kolejnych kroków do tyłu i zbliżyła się do niego. Chłopak trzymał przed sobą ugięte ręce, jakby próbował wytworzyć barierę miedzy nim, a ukochaną. -Nie broń się przede mną – spokojny i kojący głos wypłynął z ust Jenny. Uśmiechnęła się, a jej oczy zapłonęły miłością. Bliźniak opuścił ręce zrezygnowany i skrył się w ramionach brunetki. -Nigdy nie broń się przed miłością – szepnęła i kołysała ukochanego w objęciach. „No. I Tom pojechał nad morze. Miał tam zostać trzy dni, ale uparł się, ze to za dużo. Wyruszył dzisiaj wcześnie rano, wraca jutro późnym wieczorem. Trochę się boje zostać z moim ukochanym sama, ale cieszę się, ze Tom wróci podreperowany i z nową siłą do działania. Niby tak niewiele, ale wiem, ze zdziała cuda…” Jennifer siedziała z Billem i jednym okiem oglądała film, a drugim czytała swoja książkę. Dowiedziała się kolejnych, rewelacyjnych rzeczy. „Dziecko Lizy urodziło się. Niestety Jacson wziął ślub z inną. Mary pomaga Lizie wychowywać synka. Fajnie mieć siostrę, szkoda, ze jestem jedynaczką…” Przerwała lekturę i spojrzała na bliźniaka. Siedział ze zmarszczonym czołem, wciągnięty akcją filmu. -Dobra Kochanie – bąknęła i pocałowała rumiany policzek, na co chłopak odwrócił się w jej stronę – oglądaj dalej, a ja przejdę się do sklepu, bo mamy pustą lodówkę. -Czekaj, ja pójdę – zaoferował się chłopak. -Nie, nie – Jen zmierzwiła atramentowe włosy – oglądaj dalej, bo widzę, że cię zaciekawiło. Kaulitz musnął jej wargi i powrócił do wpatrywania się w obrazki migające na ekranie. Już chwilę później dziewczyna szła po betonowej drodze. Do sklepu mieli stosunkowo niedaleko. Gdy wybierała działkę z Kaulitzami zależało jej jedynie na tym, by wokół był spokój, cisza i dużo dzikiej przyrody. Teraz, czasami żałowała, że aż tak pragnęła ciszy, której miała już po dziurki w nosie. Rozejrzała się wokoło. Nagie drzewa stały i potężnymi gałęziami celowały ku górze. Masy liści koloru zgniłego brązu walały się po ziemi wilgotne i przesączone ciągłymi deszczami. Nagle kieszeń Jennifer zaczęła wibrować. Wyciągnęła telefon i odebrała: -Tak Kochanie? Odpowiedziała jej cisza. -Wszystko porządku? – zapytała czując jak metalowy obiekt zaczyna ciążyć jej w żołądku. -Nieee – usłyszała szorstki i martwy głos ukochanego. -Nieee Nieee – powtarzał szaleńczy głos w słuchawce. Jenny na chwilę wstrzymała oddech. Wsłuchiwała się w przeciągnięte słowo, które brzmiało jak głuchy stukot kolejowych kół o stalowe szyny. -Nieee Nieee Nieee Nieee – chłopak mówił coraz szybciej tonem nie wyrażającym nawet najmniejszej emocji. Czując, ze panika paraliżuje jej mięśnie brunetka wcisnęła czerwoną słuchawkę. Nie wiedząc co robić stała na środku drogi i oddychała ciężko. „Wrócić i spojrzeć mu w te mordercze oczy, czy iść dalej i się nie przejmować? Cholera, dlatego się bałam z nim zostać!” Gorycz i żal do samej siebie wdarły się w ten kłębuszek myśli. Jennifer, wiedziała, że w końcu nastąpi taka sytuacja. Nie ma nikogo obok, może liczyć tylko na siebie. Czy stchórzy i nie przejmie się obłąkanym głosem w słuchawce, który nie wróży nic dobrego, czy też zawróci i sprawdzi, czy z Billem wszystko okej? Jednak zawróciła. „Musze tam iść.” – powiedziała sobie i stawiając twarde kroki by nie zwątpić cofnęła się w stronę domu. Nie myśląc zbyt wiele, szybko otworzyła drzwi wejściowe. Kaulitz siedział tak jak wcześniej i oglądał film. Dziewczynę lekko zszokował ten widok. „Czego mam się teraz spodziewać?”. Wtedy Bill odwrócił głowę w jej stronę. Posmutniał gdy ujrzał ukochana i westchnął: -Przepraszam, to nie ja dzwoniłem…
„Przepiękny widok” – pomyślał chłopak i spojrzał na błękitną taflę wody, zburzoną przez powstałe fale. Stojąc na złocistym piasku, obserwował białe bałwany rozbijające się o brzeg plaży. Białe mewy latały wysoko, krzycząc coś do siebie w swoim języku, czym dodawały uroku szumowi morza. Tom zawrócił w stronę miasta. Chłody wiatr, podrzucał piasek, który wirował, niczym najznakomitszy tancerz w balecie. Rosnące gdzie niegdzie małe zielone źdźbła uginały się przy każdym powiewie. W powietrzu unosił się zapach jodu i soli, który kręcił Kaulitza w nosie. Po niebieskim niebie, płynęły leniwie małe białe chmurki, a słońce rzucało trochę światła na szary świat. „Jenny miała świetny pomysł…”.
-Nareszcie skończyłam – rzekła Jen zamykając z głośnym trzaskiem książkę. -Co prawda koniec nie za szczęśliwy, w końcu Liza umarła… Ale i tak mi się podobało – stwierdziła, po chwili. -Mam nadzieje, że dla mnie życie przygotowało, nieco inne zakończenie – westchnęła i przyjrzała się pustemu widokowi. Gołe drzewa, zgniłe liście i szara droga. „Późna jesień jest taka smutna…” Dziewczyna zastanawiała się, co robić, by Bill wyrzucił z siebie tą druga osobowość. Nie miała pojęcia jak to rozwiązać. -Będzie dobrze – powtórzyła sobie i uśmiechnięta skierowała się w stronę domu. Znowu poczuła jak telefon wibruje jej w kieszeni. Wyciągnęła aparat. Nie myśląc za wiele odebrała. -Cześć Jenny – to był Tom. -Cześć, jak tam twoje wakacje? -Przyznaje racje, miałaś dobry pomysł. Jeszcze raz dzięki – mówił chłopak tonem pełnym entuzjazmu. -Cieszę się, że ten wyjazd dobrze ci zrobił – odparła dziewczyna usilnie wesołym głosem. -A jak tam u was? – spytał Dredziarz, mając już o wiele mniej energii w głosie. -Świetnie, dajemy radę – odpowiedziała szybko dziewczyna, przypominając sobie uśmiechniętą i promienna twarz ukochanego. -Super. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej… - westchnął Tom – do zobaczenia. Będę dzisiaj późnym wieczorem. -No dobra. Pa, pa – pożegnała się Jennifer i zakończyła rozmowę. „Radzimy sobie świetnie… ” – powtórzyła Jen samą siebie. :* honda-th 2008-04-13 17:30:03 skomentuj to co napisały Honda i Zozol...:) ( a już jest (8) komentów ) |